Dwie myśli

Dwie myśli na dziś.

1. Nauki medyczne, pomimo źródła w humanistyce – potrafią tak zaciemnić umysł, że stos książek pozabranżowych rośnie, a czasu brak. Ciągle jest coś, o czym można poczytać, jakieś wartości, które trzeba znać.

2. Pasja wiedzy polega też na tym, że trzeba się z nią dzielić. Jeśli nie dla kogoś – to dla siebie – jako szczera motywacja.

Pielęgniarka czy „siostra”?

- Siostro!?
- Mam tylko jednego brata!
- Proszę Pani!?
- Tak?

Koleżanka zapytała podczas jednej z dyskusji studenckiej o stosunek przyszłych pielęgniarek/pielęgniarzy do zwrotu per „siostro”.

Włączając się w tę dyskusję podejmuje temat w tenże sposób, że abstrahując od tego, iż generalnie mówienie do mnie w formie żeńskiej mi przeszkadza to czasy, kiedy w szpitalach „pracowały” (służyły) siostry… zakonne się skończył. PRL – w którym te nawyki się zabetonowały również.

Rozszerzając dyskusję o więcej konkretów zapytałem również o to jak mamy domagać się szacunku od innych specjalistów medycyny, jeśli nie możemy sobie poradzić z pacjentami? Ustalmy, że jeśli ktoś odnosi się do mnie w sposób mi nieodpowiadający – jest to co najmniej nie na miejscu.

Jestem gdzieś w środku, bo z jednej strony nie chcę być kojarzona z tym co było kiedyś, tzn. właśnie z siostrami zakonnymi i „służeniem” pacjentom, co im zostało w głowach i dlatego pielęgniarki są wstrętne i są niższym personelem wg nich… A z drugiej strony nie czuję, aby mi jakoś ubliżano w ten sposób (…). A.U.

Odchodząc od wszelkich sztuczek i gier językowych względem mężczyzn (pojęcia „bracie” nigdy osobiście nie usłyszałem) – jeśli ktoś tak do mnie powie – nie czuję, żeby mieszał mnie z błotem. Natomiast uważam, że należy uświadamiać pacjentów, że jesteśmy równi z lekarzami, bo studia nie odbiegają poziomem – tylko specyfiką i specjalnością. Każdy ma po prostu swoje zadania.

Także mówienie „siostro” uważam za poufałość nie na miejscu, gdyż w mojej ocenie obniża to rangę zawodu – ze specjalisty w dziedzinie pielęgniarstwa do pani/pana do towarzystwa w szpitalu, która/y załatwi wszystko, czego pacjent sobie zażyczy.

Jednocześnie zastrzegam, że nie kłóci się to w mojej ocenie z czynnościami, które wykonujemy – od podania wody i poprawienia poduszki poprzez zabiegi inwazyjne po udział w operacji czy anestezji.

Lekarze bez stopnia naukowego III st. są niepoprawnie nazywani powiedzmy na korzyść, natomiast my – paradoksalnie – posiadając odpowiednie wykształcenie (na identycznym poziomie) jesteśmy zaniżani w dół. Tu warto przytoczyć ostatnie dyskusje o pielęgniarkach jako „służalczych wykonawcach poleceń” lekarzy. Przypomina, że pielęgniarki/pielęgniarze wykonują zlecenia.

Do pieca dorzuca koleżanka, która dalej wypowiada się ciekawe zajmując się nazewnictwem:

Nie chodzi o to, żeby mówić „Pani licencjat/ Panie licencjacie”. Przecież równie dobrze można powiedzieć „Proszę Pani/ Proszę Pana, a nawet zwrot „Pani Pielęgniarko” też jest dobrze przyjęty. Zresztą oglądając zagraniczne dokumenty o pracy szpitali (nie seriale) nie zauważyłam, żeby do pielęgniarek mówiono per „sister”. Sama osobiście nie zauważyłam, żeby ktoś do pielęgniarza- mężczyzny zwrócił się „bracie”, aczkolwiek może mało jeszcze widziałam. Skoro można powiedzieć do pielęgniarza „Proszę Pana”, to czemu do pielęgniarki nie można powiedzieć „Proszę Pani” tylko nazywać ją „siostrą”? Po pierwsze mam tylko jednego brata, a po drugie nie przypominam sobie, żebym składała śluby zakonne. K.Ł.

W tym miejscu zawsze pojawia się argument o tym, że pacjenci przecież nic złego nie mają na myśli, wręcz mówią to z sympatią. Niestety – czasy się zmieniły, zawód zyskał poziom i to do czegoś zobowiązuje.

Ja chcialam zwrocic uwage na to, ze pacjenci nie chca nam ublizac mowiac do nas w ten sposob i tyle. Po co winic biednych ludzi za to jak nas traktuja wladze szpitala. MZ

Oczywiście temat schodzi jak zawsze na politykę. A tam gdzie zaczyna się polityka – niestety kończy się służba zdrowia, a szczególnie polskie niedocenione pielęgniarstwo.

Zwykle staram się nie uciekać od polityki, ale próbując zagłębić się w tajemnice polskiej polityki zdrowotnej to tak jak zagłębiać się w labirynt. W szczególny rodzaj labiryntu, w którego środku zamiast nagrody jest kolejne rozczarowanie.

Uciążliwy petent

Służba zdrowia narzeka na pacjentów. Pacjenci na służbę zdrowia.

W sumie w dzisiejszych czasach zwykło się już mówić „ochrona zdrowia”. Niemniej jednak dziś to służba zdrowia ponarzeka na służbę zdrowia. Bardziej administracyjnie.

Będąc po „zdrowej” stronie barykady nie czujemy tego, co czują pacjenci. Czekając, mierząc się z bólem i narzekając. Pracownicy służby zdrowia zazwyczaj jako pacjenci są traktowani łagodniej, jakby obowiązywały ich inne standardy – takie bardziej nie-polskie.

Niemniej jednak dziś chcąc załatwić pewną sprawę w jednym z warszawskim SOR-ów odczułem klimat polskich oddziałów szpitalnych. Twierdzenie nie do zdobycia. Mnóstwo drzwi. Sprawa do załatwienia typowo administracyjna, ale ile trzeba się naczekać, nachodzić, napytać.

Dopiero wtedy, kiedy człowiek pozostawi w domu sprzęt bojowy, tj. koszulkę z krzyżem medycznym (ew. wykrojoną bluzę), słuchawki, pulsoksymetr, pieczątkę i tak dalej (w zależności od potrzeb)… mierzy się ze szpitalami. Z prawdziwymi wyzwaniami.

Sprawa administracyjna do załatwienia w dwie minuty. Czas jaki udało mi się osiągnąć – 25 minut. Sama rozmowa z „urzędnikiem” – chwilę, bo nie ma czasu (?). Ale dostać się za te okopy to dopiero wyzwanie – tłumaczenie pacjentom, że człowiek jest zdrowy i nie chce ominąć kolejki, tłumaczenie ochronie, że człowiek zdrowy i potrzebuje ADMINISTRACJI, tłumaczenie u celu, że potrzebuję tylko chwili…

Doświadczenie bezcenne.

Wizerunek ratowników medycznych

Czyli dwa słowa o miejscu w medycynie.

W kontekście wypowiedzi prof. Jakubaszki z marca bieżącego roku i przypadkowych odcinków serialu „Na sygnale” przytaczam pewien cytat, z artykułu napisanego przez specjalistów z medycyny ratunkowej:

„Obowiązująca Ustawa o PRM podzieliła zespoły ZRM na podstawowe i specjalistyczne i tym samym włączyła ratownika medycznego do grona zawodów, które w Rzeczpospolitej Polskiej zajmują się leczeniem.” („Na ratunek”, 1(13), s. 12.)

Kłóci się to z ostatnio kreowanym wizerunkiem ratowników medycznych jakoby byli kiepsko wykwalifikowanym personelem średnim.

Obowiązek udzielania pomocy, a realia

Ludzie chcą udzielać pomocy! Tylko muszą najpierw pokonać lęk przed jej udzieleniem, przed odpowiedzialnością i przed własną niewiedzą…

Zgodnie z ustawą o Państwowym Ratownictwie Medycznym z 8 września 2006 roku każdy obywatel Polski ma obowiązek udzielenia pierwszej pomocy:

Art. 4 Kto zauważy osobę lub osoby znajdujące się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego lub jest świadkiem zdarzenia powodującego taki stan, w miarę posiadanych możliwości i umiejętności ma obowiązek niezwłocznego podjęcia działań zmierzających do skutecznego powiadomienia o tym zdarzeniu podmiotów ustawowo powołanych do niesienia pomocy osobom w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.

W razie niespełnienia wymaganych od nas obowiązków w Polsce grozi nam odpowiedzialność karna wedle Kodeksu Karnego:

Art. 162 § 1. Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

§ 2. Nie popełnia przestępstwa, kto nie udziela pomocy, do której jest konieczne poddanie się zabiegowi lekarskiemu albo w warunkach, w których możliwa jest niezwłoczna pomoc ze strony instytucji lub osoby do tego powołanej.

Obowiązki obowiązkami, kary karami, a jak jest w rzeczywistości? Wiele powstało już artykułów na ten temat, dlatego nie będę pisał, że ludzie nie udzielają pomocy w sytuacjach nagłych, z czym się w pełni zgadzam.

Jednakże… ludzie chcą udzielać pomocy!

Prawdą również są wymieniane w wielu miejscach przyczyny, takie jak lęk przed udzieleniem pomocy, strach przed odpowiedzialnością za swoje działania, obawa, że pogorszy się stan poszkodowanego, liczenie na innych świadków, czy pozostawienie wszystkich czynności ratowniczych zespołowi pogotowia ratunkowego. Zgoda. Jeszcze ostatni punkt – brak wiedzy na temat pierwszej pomocy.

Powtórzę raz jeszcze – ludzie chcą się uczyć udzielać pomocy!

Państwo polskie wymaga od nas odpowiedzialności za zdrowie i życie sąsiada, współlokatora, czy osoby spotkanej na ulicy. Tylko, jeśli się czegoś wymaga to przydałoby się też społeczeństwo do tego przygotować!

Zajęcia na przysposobieniu obronnym, na kursie prawa jazdy – profesjonalizm w tych miejscach to najczęściej mrzonki. Prowadząc szkolenia wielokrotnie konfrontowałem najnowsze wytyczne z tymi, których moi kursanci uczyli się parę miesięcy (czasem dni!) temu, a które już od parunastu lat są nieaktualne. Także śmiało można powiedzieć, że państwo polskie do udzielania pomocy nie przygotowuje.

Co zrobić? Aby mieć komfort i wiedzę część społeczeństwa faktycznie albo przykłada się do szkoleń, które organizuje im na własną rękę pracodawca (ew. przy wsparciu, np. Unii Europejskiej) i nie traktuje kursu jako zaliczenie papierka albo samo takie szkolenia sobie wykupuje. Część ludzi niemogących sobie pozwolić na wydatek szuka kursów bezpłatnych – których niestety jest bardzo mało. Ale są. Część oczywiście tym tematem nie jest zainteresowana. Tacy też się znajdą.

Pytanie tylko, czy nie warto byłoby wyznaczyć część budżetu MZ na bezpłatne szkolenia organizowane przez liczne firmy i ośrodki, których w Polsce nie brakuje? Dla tej właśnie części społeczeństwa, która może uratować komuś życie, bo ma chęci, ale brakuje wiedzy i umiejętności?

Warto byłoby przeprowadzić badania, które do pytań o przyczynę nieudzielania pomocy będą zawierać również pytanie o to, czy w przypadku dobrowolnego, bezpłatnego kursu ludzie tej pomocy z chęcią udzielą?

Może to przesadny optymizm, bo przecież statystyki są zatrważające, ale z drugiej strony rozmawiając z dziesiątkami kursantów, którzy przybyli na szkolenia z własnej woli… ten optymizm jest w pełni zasłużony. Przynajmniej wobec tego skromnego wycinka naszego społeczeństwa.

Wysokie ciśnienie i chwila drzemki

Czyli wyjazd pogotowia ratunkowego, który spotyka się na każdym dyżurze.

Klasyczny wyjazd do osób, które w większości są w stanie wykorzystać pozostałą część swojego zdrowia, ubrać się i udać do lekarza pierwszego kontaktu, ew. wezwać nocną pomoc lekarską.

Niestety – każdy jest ubezpieczony – każdemu należy się pogotowie.

Nigdy nie banalizuję wezwań typu „wysokie ciśnienie”, gdyż nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę na miejscu człowiek zastanie. Jednakże są sytuacje, kiedy faktycznie ciśnienie tętnicze krwi podnosi się nie tylko pacjentowi, ale również całemu zespołowi.

Centrum. Godzina 3.11. Całym zespołem zdążyliśmy się przygotować do snu, pogasić światła i zacząć wypoczywać. Telefon.

Mężczyzna lat 30, ból głowy, wysokie ciśnienie. Kod 3. Zespół podstawowy udaje się na miejsce zdarzenia.

Podjeżdżamy pod klatkę bloku, w którym oczekuje pacjent. Dzwonię domofonem. Nic. Dzwonię, raz jeszcze, i jeszcze raz…

Powrót do karetki – 00 do 01.
01 dla 00 zgłaszam się.

Informujemy dyspozytora medycznego, że niestety pacjenta nie ma na miejscu zdarzenia, ewentualnie rozmyślił się z potrzeby pomocy lub jego stan uległ pogorszeniu i nie możemy dostać się do środka. Dyspozytor wykonuje swoje procedury po czym informuje, żeby spróbować raz jeszcze, bo dodzwonił się do poszkodowanego.

Pacjent uciął sobie drzemkę i nie słyszał domofonu…

Na miejscu, po zebraniu wywiadu, zmierzeniu parametrów życiowych, przejrzeniu kart ostatniego leczenia dowiedzieliśmy się, że pacjent choruje na nadciśnienie, od paru dni nie zażywa leków przepisanych przez lekarza POZ i nie zgłosił wcześniej po pomoc, gdyż miał nadzieję, że samo przejdzie. Od 3-4 dni odczuwa negatywne objawy.

Zaoferowaliśmy pacjentowi lek obniżający ciśnienie s.l. oraz środek przeciwbólowy i.m. Młody mężczyzna z pierwszej opcji był zadowolony, z drugiej już trochę mniej, niemniej jednak postanowił pozostać w domu i obiecał zakupienie zalecanych leków.

Wyjazd trwał trochę ponad kwadrans. W sumie do przychodni czekałby pan w dużej kolejce. A tak? W środku nocy, bez stresu można przychodnię zafundować sobie w domu. Do tego przez te 10 minut drogi jeszcze drzemkę uciąć, bo czemu nie?

Klasyczny wyjazd. Bez takiego wyjazdu dyżur to nie dyżur.

Wszelkie dane/kody/i inne informacje pozwalające na identyfikacje sytuacji zostały zmienione.

Rozcieńczona praktyka

Studenci na korytarzach to norma, ale co mają robić? Przecież chętnych jest dziesięciu, ale nauczyciel tylko jeden… Więc do dalej? Na korytarz, na spacer…

Szpitalny korytarz wszelakich klinik zapełniają studenci. Rozdzieleni do swoich zajęć ruszają do pracy. Niestety – tylko do tej, która nie wymaga wielkich umiejętności, żadnej odpowiedzialności ani wiedzy.

Pielęgniarstwo – budzenie pacjentów, poprawianie i ścielenie łóżek, karmienie, pilnowanie, żeby pacjent zażył leki (oczywiście wyłącznie p.o.).

Ratownictwo medyczne (tu jest trochę lepiej, ale tylko pozornie, bo przecież przyszli ratownicy powinni uczyć się bardziej skomplikowanych rzeczy, bo w przeciwieństwie do pielęgniarek mają wąską, ściśle określoną dziedzinę, w której się specjalizują) – mierzenie parametrów, uzupełnianie dokumentacji, pobieranie krwi do badań, przygotowywanie leków.

Nie twierdzę, że to rzeczy, których wykonywać się nie powinno. Nie. Ktoś to musi przecież zrobić. Ale czy to właśnie są umiejętności, które trzeba tak namiętnie ćwiczyć? Nie. One powinny być dodatkiem, obowiązkiem mimochodem, automatycznym. Niestety – na polskich uczelniach medycznych sprowadza się je do zadań specjalnych.

Zadania codzienne to chodzenie po korytarzach w przerwach między praktykowaniem i nieudolną próbą zaspokojenia ambicji studentów. A raczej na odwrót – to od chodzenia po korytarzach robi się przerwy. Oczywiście zazwyczaj ta grupa poszukująca nowych doznań jest postrzegana jako kręcąca się zgraja, która nic nie robi. A może tak przy okazji wziąć ich do badania pacjenta, przeprowadzenia wywiadu, założenia wkłucia, pobrania krwi na badania etc? Czasem się udaje – ale zazwyczaj na praktykach, gdzie nie ma nauczyciela – czyli nie na zajęciach, których jest najwięcej. Ciekawe – zgoda czasem inwazyjne – czynności (w końcu taki zawód) czekają na wykonanie, ale nie, bo rzeczywistość wygląda inaczej…

Pielęgniarstwo – założenie kaniuli dożylnej wymaga obecności nauczyciela akademickiego, przygotowanie i wykonanie procedury trwa 45 minut, wykonuje je jedna osoba, gdzie reszta grupy (od 7-15 osób) radośnie przygląda się zabiegowi, który w przyszłości będą wykonywać kilkanaście razy dziennie, a zajmować będzie im to kilka chwil. Jak zdobyć praktykę? Dlaczego uczyć się tego trzeba dopiero w pracy?

Ratownictwo – założenie cewnika do pęcherza czy sondy do żołądka – czujne oko prowadzących, podczas gdy na sąsiednim łóżku tę samą procedurę pracownik wykonuje bez zastosowania podstawowych zasad. Intubacja – zabieg trudny, aczkolwiek nie zarezerwowany dla anestezjologów, tak ochoczo ćwiczony na każdej uczelni i w szkole ratownictwa. Tak chętnie wykorzystywany na egzaminach. Co z tego? Jeśli trafia się intubacja to albo wykonuje ją lekarz jako wielki pokaz dla studentów. Przyszły ratownik, kierownik zespołu podstawowego lub członek zespołu specjalistycznego, gdzie lekarz nigdy nie intubował, bo spędził całe życie za biurkiem w przychodni nie zaintubuje – dlaczego? Bo nigdy nie intubował. Błędne koło niewarte komentarza. W przyszłej pracy nie będzie czujnego oka, które może pokierować ręką. Będą wybite zęby albo alternatywny sposób udrożnienia dróg oddechowych.

Ratownictwo i pielęgniarstwo. I jaki to wielki dysonans chociażby między tymi dwoma kierunkami. Co dla jednych jest dozwolone, inni muszą wykonywać pod czułym okiem wielkiego brata. Co inni robią automatycznie – dla drugich to całkowicie zabronione. Ale co z tego – przecież to tylko studenci. Gdybym użył słowa „praktykanci” nie pasowałoby ono wcale do wymowy rozważań.

Można pomstować jeszcze długo. I generalizować też. Szczęściem, że to co opisuję to tylko zasady panujące na papierze. Nie zmienia jednak to faktu, bo to uczelnia powinna nauczać, a nie ciekawi i mądrzy ludzie pracujący na oddziałach. Tylko dzięki nim (a jest ich naprawdę niewielu) można faktycznie się czegoś nauczyć.

A reszta? Cóż, jakoś pójdzie w pracy…

Profesjonalna rutyna

Kiedy zaczyna się doświadczenie, a kiedy kończy profesjonalizm? Czy te zjawiska występują razem? A może w żadnym wypadku? Czy dopuszczalne jest ich połączenie?

Wiedza zapisana w książkach to zazwyczaj badania naukowe z domieszką własnego poglądu i wkładu do dyskusji. Inaczej jest z procedurami i wytycznymi, które stworzono po to, by na nich opierać swoje działanie. Powstały na podstawie badań naukowych i wieloletniego doświadczenia praktyków.

Na treści wytycznych naucza się studentów, zagląda się, by sprawdzić poprawność swoich działań oraz wyjaśnia kwestie sporne, gdy trzeba zasięgnąć „naukowego autorytetu”.

Można zaryzykować stwierdzenie, że kto opiera swoje czynności na wytycznych – jest profesjonalistą. Oczywiście w dużym uproszczeniu, bo na profesjonalizm składa się o wiele więcej komponentów. Ale na potrzeby porównania myślę, że można zastosować taki skrót myślowy. Profesjonalista zdobywa doświadczenie, kolejne lata szlifuje swoją sztukę. I dochodzi do momentu, w którym to okazuje się kiedyś przypadkowo ominięte procedury (dla uzyskania lepszego efektu) są wygodniejsze, niż te proponowane przez wytyczne (a sam temat słuszności wytycznych lub ich braku zostanie poruszony któregoś następnego razu).

Profesjonalista staje się praktykiem doświadczonym. Potrafiącym poradzić sobie w pewnych sytuacjach szybciej, prościej, może nie do końca fair, ale w gruncie rzeczy zdrowie i życia pacjenta na tym nie cierpi. Czy nadal jest profesjonalistą? Czy przychodzi przeświadczenie, że jako doświadczony/a pielęgniarz/pielęgniarka czy ratownik mogę pozwolić sobie na pewne odejście od schematu?

Czasami zmusza do tego sytuacja – czy wtedy zachować zdrowy rozsądek, czy cytować wytyczne – to kolejna kwestia sporna. Jednakże na ogół to „doświadczenie” dotyczy małych spraw, jak zmienianie rękawiczek przy każdym pacjencie (przecież dotknąłem tylko czystego drenu od kroplówki), czy umieszczenie strzykawki do przepłukania kaniuli w teoretycznie czystym opakowaniu, z którego przed chwilą sprzęt został wyjęty (przecież nikt go nie dotykał, na ziemi nie leżał, a igły, czy korka szkoda).

Wtedy profesjonalizm się kończy, a co się zaczyna? Rutyna i po prostu praca. A doświadczenie? Tego nikt nikomu nie zabierze, jednakże warto zastanowić się nad tym, że wytyczne powstały w określonym celu. Zawody medyczne wymagają więcej od człowieka niż inne profesje. Dokładność, spryt, zaangażowanie i sumienność to pewne podstawy, które nie mogą być kwestionowane.

W końcu procedury powstały, aby też chronić nas przed wszędzie czającymi się pułapkami prawnymi (to też specyfika tego zawodu), więc może warto stosować je trochę częściej niż tylko wtedy, kiedy zdajemy kolejne egzaminy, staże, dyplomy albo po prostu szpital chce otrzymać kolejną akredytację.

Warto zatem budować doświadczenie na postępowaniu zgodnym z ogólnie przyjętymi normami potwierdzonymi badaniami. Tylko wtedy, można stwierdzić, że mam do czynienia z profesjonalistą w każdym calu, który przymyka oko na książki wtedy, kiedy one życia pacjenta nie uratują.

Szpital kliniczny – oaza spokoju?

Oddziały kliniczne pełne studentów i stażystów – czy to dobre miejsce na terapię dla pacjentów?

Szpitale kliniczne, czyli alter ego uczelni medycznych od zawsze kojarzyły mi się z zamieszaniem, masą ludzi i brakiem warunków do wypoczywania.

Nic dziwnego – podczas roku akademickiego zajęcia praktyczne, seminaria, wykłady (często poupychane na ciasnych oddziałach), a w okres wakacyjny praktyki. W jednym kącie studenci w kółko powtarzający materiał do najbliższego zaliczenia, w drugim stażyści omawiający ciekawy przypadek. W bufecie śmiechy i krzyki studentów, którzy posilają się w przerwie między zajęciami, a w szpitalnym parku oblegane bliskie kosza na śmieci popielniczki.

A w szpitalnych łóżkach pacjenci, pragnący w spokoju przeleżeć czas od jednej do drugiej kroplówki.

W którymś jednak momencie musi nastąpić konfrontacja i ta burza mózgów, która krążyła gdzieś po korytarzach nagle przechodzi przez drzwi na salę chorych.

Dochodzimy więc do pytania – czy szpital jest dla pacjentów, czy dla studentów? Czy studenci mają uczyć się w salach seminaryjnych, czy stykać na studiach z „autentycznymi” pacjentami, którzy chorują i których trzeba leczyć. A żeby leczyć to i trzeba badać.

Jasne jest, że można wybrać szpital pozbawiony charakteru akademickiego, jednakże nie wszyscy w końcu mają wybór, nie wszystkim po drodze i tak dalej.

Szpitale kliniczne – jaki z nim problem?

Pierwszą kwestią jest mała liczba szpitali (w stosunku do potrzeb), w których zajęcia mogą być prowadzone. Są szpitale, gdzie jest więcej studentów niż pacjentów. Kwestia w jakimś stopniu jest do rozwiązania w przyszłości.

Druga sprawa to niezbyt sprawne przygotowanie personelu do przyjmowania studentów. Zazwyczaj jest część kadry, która pracuje na uczelni – a co z resztą? Zazwyczaj studencka masa przeszkadza. Oprócz przygotowania zasadnicze znaczenie ma zapewne wynagrodzenie, które nie premiuje zajmowania się studentami – więc dlaczego dokładać sobie pracy?

I ostatnia kwestia – najważniejsza – to pacjenci. Niestety często sprowadzani do poziomu „jednostki chorobowej”, którą trzeba zdiagnozować, a i wyleczyć. Po drodze niestety umyka gdzieś człowiek. Z moim obserwacji wynika, że wyjątkiem od tej reguły są dwa kierunki studiów – pielęgniarstwo oraz fizjoterapia w przeciwieństwie do kierunku lekarskiego czy ratownictwa medycznego. Zbadany, wyleczony – następny. Zbadany, wyleczony – następny. Serię powtórzeń proszę sobie dozować wedle cierpliwości.

Oczywiście ten pogląd w jakiś sposób generalizuje i nie przeczę, że są jednostki, które przechylają szalę zarówno w jedną, jak i drugą stronę.

Pacjenci jak to ludzie – raz uśmiechnięci, gdy środek przeciwbólowy działa, drugi raz źli, bo rana nie goi się tak jak tego oczekiwali, a jeszcze innym razem zmęczeni, bo wrócili z serii badań. Studenci – również zmęczeni, niedospani, zestresowani, czasem wykonujący do znudzenia te same czynności. Trudne podłoże do wzajemnego zrozumienia się.

Jak temu zaradzić? W sumie nie wiadomo. Studenci muszą się uczyć, pacjenci muszą być poddani terapii.

Lekiem na to zło jest chyba po prostu wzajemne krzesanie cierpliwości w każdej ze stron i pamiętanie, że jedni się uczą, by leczyć, drudzy chorują nie ze swojej winy, ale uczestnicząc w procesie edukacji – przyczyniają się do rozwoju potencjału, który być może w przyszłości do nich wróci.